Córa rodu Phoenix – Rozdział 15

Misja ratunkowa

                     Mężczyzna z trudem uniósł głowę, krzywiąc się z powodu tępego, promieniującego bólu przetaczającego się powoli po jego zastanych kręgach, wygiętych w nienaturalny sposób. Długie, zaniedbane włosy nieprzyjemnie oblepiły mu twarz, przyklejając się do spoconej skóry. Zagryzł mocno zęby i po raz tysięczny szarpnął kajdanami, bardziej niesiony codzienną rutyną, niż realną nadzieją na zmianę swojego tragicznego położenia. Ciężkie, stalowe obejmy nie miały najmniejszego zamiaru ustąpić, jedynie mocniej wbijając się w obdarte do żywego mięsa nadgarstki. Nie poczuł nic. Pomimo rozognienia, nigdy nie gojących się, ran nie odczuł bólu. Zrezygnowany opadł ciężej na zdarte kolana…był tak cholernie zmęczony. Ile to już lat minęło? Pięć? Dziesięć? Piętnaście? Nie wiedział. Dawno już zatracił poczucie czasu, nie potrafiąc odróżnić dni od nocy – w jego celi zawsze było ciemno, wilgotno i dotkliwie zimno. Słona bryza nieustannie uderzała w grube, kamienne mury przynosząc ze sobą przenikliwy chłód, który na stałe wtapiał się w ponure ściany. Więzień syknął, gdy niefortunnie poruszył barkiem. Zbolałe kości wydały charakterystyczny, suchy trzask – jeden z nielicznych dźwięków, jaki słyszał każdego dnia. Za zbyt „wojownicze” nastawienie do pilnujących porządku, został ukarany permanentnym przykuciem do ścian swego więzienia w skrajnie niewygodnej pozycji, mającej mu przypominać, gdzie się znajdował i jakie było jego miejsce w szeregu. Masywne, zwieńczone kajdanami łańcuchy były o dobrych kilkanaście centymetrów za krótkie, żeby mógł wstać i choć przez chwilkę rozprostować kości. Nie był w stanie nawet złączyć ramion, by wywalczyć sobie bezcenne wytchnienie. Całe miesiące spędził bezustannie klęcząc z rozpostartymi ramionami, nie mogąc ani wstać, ani się położyć. Chwila…minęły miesiące, czy też lata? To było już nieważne. Zasłużył na to, co go spotkało…zasłużył, żeby gnić w tym miejscu. Jak bardzo był naiwny! To przez niego Lily i James…no i Harry…biedny, malutki Harry. Jak ten szkrab wyglądał? Czy miał zawadiacki uśmieszek Rogacza, czy może łagodne, rozbawione spojrzenie matki? Czy był bezpieczny i szczęśliwy u swojej mugolskiej rodziny? Szarpnął ramionami, opuszczając głowę na pierś. To wszystko jego cholerna wina!!! Natłok pytań, uciążliwych myśli oraz widm głosów najbliższych zawirował w zawrotnym tempie, przyprawiając go o mdłości. Zapewne zdążył już oszaleć siedząc w zamknięciu…nawet nie był pewien, czy potrafił jeszcze mówić. Od tak dawna z nikim nie rozmawiał…słyszał jedynie natrętne głosy, wytykające mu bezlitośnie wszystkie błędy, wraz z ich makabrycznymi konsekwencjami. Na samym początku, kiedy tu trafił, był w stanie śpiewać lub mówić sam do siebie, rzucając dziesiątki pytań i głupich uwag w otaczającą go pustkę. W tamtym czasie nawinie wierzył w to, że wszystko się wyjaśni – niestrudzenie wyczekiwał, aż ktoś w końcu go wysłucha i wypuści, to jednak nigdy się nie stało. Przecież to nie on zdradził! Nie on był mordercą! Nie on powinien sczeznąć w zatęchłych lochach! Bezwiednie rzucił się w przód, jednak niewzruszone kajdany sprowadziły go brutalnie na ziemię. Jakże naiwną była jego szczeniacka nadzieja. Jej wątły płomień gasł powoli z każdym dniem, zostawiając go samego w nieprzejednanych ciemnościach. Nikt nie przyszedł mu na ratunek. Nikt go nie odwiedził. Nikt nie próbował go wysłuchać ani zrozumieć. Wszyscy o nim zapomnieli. Może to i dobrze? Na co komu taki skończony idiota, niezmiennie sprowadzający na wszystkich same nieszczęścia? Powinien tu być…powinien zdechnąć w całkowitej izolacji od wszystkich, których mógłby jeszcze skrzywdzić. Jego obowiązkiem było powolne konanie w więziennej celi, by w ten żałosny sposób chociaż trochę odkupić swoje winy!!! Wiedział o tym…wiedział doskonale, jednak tak bardzo pragnął choć jeden, ostatni raz zobaczyć Harry’ego. Ujrzeć w tym chłopcu odbicie ukochanych przyjaciół, zanim umrze w nadziei na dołączenie do nich po drugiej stronie – musiał zobaczyć na własne oczy dowód na to, że ci których kochał, wciąż żyją w swoim jedynym dziecku. Mężczyzna przygryzł dolną wargę, czując falę wściekłości wciągającą go w swój szaleńczy wir. Peter!!! Musiał dorwać tego gnoja i zemścić się za okrutną śmierć Potterów!!! Przebił zębami własną skórę, słysząc przytłumiony śmiech tej podstępnej szui, rozbrzmiewający w jego myślach. Zasrany Pettigrew!!! Dziesiątki razy snuł coraz misterniejsze plany tego, jak odpłaci dawnemu przyjacielowi za wbicie noża w plecy. Fantazjował o tym jak będzie torturował tego szczura, dopóki nie zacznie błagać tym swoim cienkim głosikiem o śmierć, której nigdy by mu nie sprezentował. Rozmyślanie o odpłaceniu się Peterowi miało dla niego charakter swoistej rozrywki, nie mógł bowiem zapominać o jednym – skazano go na dożywocie. Z czasem jego furia przygasała, przyćmiewana przez bezsilność i rezygnację, ale niedawno zapłonęła na nowo, silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Ten parszywy, dwulicowy drań żył! Żył sobie w najlepsze i pałętał się po Hogwarcie, tuż pod nosem Dumbledore’a oraz innych nauczycieli. Tak blisko Harry’ego…a nikt z wyjątkiem jego o tym nie wiedział. Był przekonany o tym, że Peter coś knuł i prędzej czy później zagrozi zielonookiemu chłopcu – ta świadomość stała się jego obsesją, której nie potrafił ani złagodzić, ani od siebie odepchnąć. Przebiegła, tchórzliwa pokraka bez cienia honoru!!! Musiał stąd uciec. Uciec i ochronić Harry’ego za wszelką cenę! Tylko…jak u licha miałby to zrobić? Od zawsze był kłopotliwym więźniem, ściągającym na siebie uwagę strażników. Przez swój durnowaty charakter wdał się z nimi w przegraną wojenkę, której konsekwencje odczuwał każdego dnia. Pilnowali go znacznie uważniej niż pozostałych. Poderwał głowę czując zmianę w temperaturze pomieszczenia. Stało się znacznie zimniej, a to zwiastowało tylko jedno – dementorów. Przerażony wizją spotkania któregoś z tych sadystycznych skubańców, odsunął się od metalowych drzwi tak daleko, na ile pozwalały mu łańcuchy. Serce łomotało mu jak oszalałe, gdy patrzył bezradnie na lód skuwający solidny kawał stali. Dementorzy. Najobrzydliwsze bestie jakie przyszło mu kiedykolwiek spotkać. Nie raz i nie dwa zagłębiały się bez powodu w cele skazańców, by dla przyjemności zabawić się kosztem osadzonych, a ich radość rosła wprost proporcjonalnie do cierpień zadanych ofierze. Westchnął, przymykając na chwilę powieki. Pierwszą rzeczą jakiej nauczył się siedząc w tych murach było to, że stawianie oporu dementorom nie miało najmniejszego sensu – im usilniej ich cel próbował się ratować, tym chętniej go odwiedzały i zostawały na dłużej. Każdy, kto przetrwał tydzień w skrzydle skazanych na dożywocie wiedział, iż najlepiej było zacisnąć zęby i dać im to czego chciały najszybciej jak to możliwe – wtedy się nudziły i zaczynały szukać nowego celu. Otworzył gwałtownie oczy, kiedy usłyszał dźwięk, którego nie uświadczył od bardzo, bardzo dawna – chrzęst otwieranych drzwi. Ciężkie zasuwy ustąpiły z przerażającym skrzypnięciem, od którego mogło się zrobić słabo, a po chwili do jego samotni wlało się światło. Niespodziewany blask okazał się tak oślepiający, że powtórnie musiał przymknąć, udręczone ciemnością, powieki i spróbować powolutku je otwierać. Kiedy w końcu mu się to udało, zamarł.

– Lily? – wycharczał cicho, nie rozpoznając brzmienia własnego głosu.

W progu stała drobna kobieta o długich, rudych włosach, odziana w bijącą bielą suknię. Przez intensywne światło nie był w stanie od razu wychwycić jej rysów. Dopiero kiedy jego oczy przywykły do blasku, mógł przyjrzeć się kobiecie. To zdecydowanie nie była Evans…tajemnicza niewiasta była bowiem oszałamiająco wręcz piękna – wyglądała niczym anioł, który zstąpił w ciemność otaczającej go rzeczywistości. Mężczyzna, niesiony niezrozumiałym pragnieniem, rzucił się bliżej niej, żeby być jak najbliżej źródła światła, oblewającego go swoim ciepłem. Kojącym i uspokajającym…takim, którego miłosierdzia nigdy nie zaznał. Kim mogła być ów kobieta? Wyjaśnienia istniały jedynie dwa: była albo zbłąkanym aniołem, albo wytworem jego zszarganego do granic szaleństwa umysłu. Gdy poruszyła się, doszedł do wniosku, że nie mogła być jedną z niewyraźnych mar, nawiedzających go od czasu do czasu. Ognistowłosa kobieta uklęknęła na podłodze tuż przed nim, a on całkowicie zatopił się w jej niezwykłych, płonących oczach. Czuł się jakby w tych niesamowitych tęczówkach odnalazł to, czego zawsze szukał – zrozumienie.

– Jest z nim gorzej niż myśleliśmy – dziewczyna odwróciła głowę. – Poproś Ariena, żeby stawił się w rezydencji. Sama nie dam rady.

Dopiero teraz więzień dostrzegł, że dama nie była sama. Tuż za jej plecami stał wysoki, atletycznie zbudowany mężczyzna odziany na czarno. Twarz zagadkowego towarzysza skrywała smolista, chirurgiczna maska, nadająca mu niepokojącego uroku, jednak więzień w tym momencie był w stanie myśleć tylko o jednym – miał przed sobą czerń i biel, trwające w perfekcyjnym, olśniewającym kontraście. Kobieta wyciągnęła dłoń za siebie. Jej kompan ledwie dotknął szczupłych, smukłych palców niewiasty i rozpłynął się niczym cień, pochłonięty przez mrok. Rudowłosa znów spojrzała na niego, po czym powolnym ruchem położyła świetlistą dłoń na jego policzku i odgarnęła delikatnie zaniedbane włosy, zakładając je za ucho. Przez kilka sekund przypatrywała się jego udręczonej twarzy z łagodną troską, czym całkowicie go onieśmieliła. Była najpiękniejszym zjawiskiem jakie kiedykolwiek widział i zaczynał odczuwać skrępowanie tym, jak wiele serca okazywała mu w prozaicznych, drobnych gestach. Nie oszukiwał się. Wiedział doskonale, że musiał wyglądać jak zapuszczony, bezpański kundel, zasługujący na nic więcej niż obrzydzenie, ona jednak nie wyglądała na zniesmaczona jego wyglądem – wręcz przeciwnie. Biła od niej serdeczna wyrozumiałość.

– Pan Black, zgadza się – uśmiechnęła się ciepło. – Mam na imię Vallerin. Jestem tu, żeby pana uwolnić.

– Stąd nie ma ucieczki – wymamrotał formułkę, którą wpajano mu od pierwszego dnia odsiadki.

– Proszę nie być tak pesymistycznym! – zachichotała uroczo – Skoro tu weszliśmy to i wyjdziemy. Proszę się nie ruszać, może odrobinę zaboleć.

Lady Crown musnęła delikatnie palcami ciężkie kajdany, które w okamgnieniu rozprysły się, tworząc metaliczną mgiełkę. Black nie mógł wyjść z szoku, szeroko otwartymi oczyma, wpatrując się w okaleczone nadgarstki. Kajdany…dojmujący symbol mającego się ciągnąć po kres jego życia upodlenia. Zostały tak łatwo zniszczone – jednym subtelnym muśnięciem. Żelazne więzy, przypominające mu o winie i niewinności, rozpłynęły się jak surrealistyczny koszmar. Ciemnowłosy poczuł falę gorąca, rozpalającą jego ciało czymś o czym dawno już powinien zapomnieć – nadzieją. Niemalże czuł na twarzy podmuch wieczornej bryzy, niosącej ze sobą słodki smak dawno utraconej wolności. Chwilową ekscytację szybko poskromił straszliwy ból ramion, które opadły bezwładnie wzdłuż ciała, pozbawione oparcia łańcuchów.

– Może pan wstać?

Zerknął na kobietę, mając ochotę roześmiać się w głos. Nie mógł wstać. Ciało, poddawane najróżniejszym torturom, dawno już odmówiło mu posłuszeństwa. Zastane mięśnie i stawy nie były w stanie poddać się pamięci ruchowej, wypaczonej przez lata tkwienia w nienaturalnej pozycji. Jedyne co mu się udało osiągnąć, to drżeć. Kobieta powtórnie musnęła jego policzek, cmokając lekko w oznace troski. Drugą dłonią wyciągnęła niewielką, kryształową flaszeczkę wypełnioną jaśniejącym, jasnofioletowym płynem i podała mu ją z zachęcającym uśmiechem. Nie mógł się napatrzeć na tę boską buzię.

– Proszę wypić – wdzięcznie potrząsnęła fiolką. – Powinno wystarczyć na jakiś czas.

Choć bardzo chciał, nie mógł wyciągnąć dłoni, by przyjąć osobliwy podarek. Pragnienie rozruszania mięśni jedynie wzmogło drżenie, co nie uszło uwadze Vallerin. Widząc co się dzieje, przesunęła palce na podbródek mężczyzny i uniosła go delikatnie acz stanowczo. Uważając, żeby niepotrzebnie go nie urazić, pewnym ruchem wlała całą zawartość flakonika do jego oszczędnie rozchylonych ust. Obserwowała jak spierzchnięte wargi oraz słabowity przełyk walczyły z nadmiarem płynu, gotowa w każdej chwili służyć nienachalną pomocą. Black włożył mnóstwo wysiłku w przełknięcie specyfiku, jednak gdy tajemnicza substancja w końcu spłynęła po jego gardle, cały trud ostatecznie się opłacił – niemalże natychmiast poczuł niedającą się opisać słowami ulgę. Z każdą kolejną sekundą nabierał stopniowo sił, nie za bardzo wiedząc czemu zawdzięczał tak wielkie szczęście. Błękitnooka, subtelnym ruchem, wsunęła ramię pod jego pachę, uśmiechając się pocieszająco.

– Spróbujmy wstać – poprawiła ramię mężczyzny, spoczywające na jej barku. – Niech się pan nie spieszy i niczym nie martwi. Nie puszczę pana.

Więzień czuł się na tyle dobrze, żeby jego głowę powtórnie zajęła niepowstrzymana gonitwa myśli. Kim była ta dama? Kto ją przysłał? Czemu chciała mu pomóc? Czy mógł jej zaufać? Jak się tu dostała? Skąd wiedziała, gdzie go szukać? Gdzie zamierzała go zabrać? Kim był mężczyzna w chirurgicznej masce? Dlaczego kobieta kazała wezwać mężczyznę imieniem Arien? Czemu stwierdziła, że sama nie da sobie rady? Powinien mieć wszystkie wątpliwości gdzieś i po prostu za nią iść? Dlaczego miałoby jej zależeć na wyzwoleniu faceta skazanego za brutalne morderstwa? Chciała go do czegoś wykorzystać? Jak wielką cenę przyjdzie mu zapłacić za wolność? Vallerin dostrzegła wewnętrzną walkę mężczyzny o szarych, zmęczonych oczach i roześmiała się melodyjnie. Byłaby naiwna, gdyby nie spodziewała się dziesiątek wątpliwości, zaprzątających jego głowę.

– Na pytania przyjdzie jeszcze czas, panie Black – uścisnęła go nieco mocniej. – Póki co proszę skupić się na opuszczeniu tego miejsca. Jeśli mam być szczera, przyprawia mnie o ciarki.

Zdecydował. Ta chwila była szansą na jaką czekał, przez cały ten czas. Nie mógłby wydostać się z więzienia bez pomocy z zewnątrz – co prawda myślał już nad planem, jednak był niedopracowany i w znacznej mierze opierał się na szczęściu, które przestało mu dopisywać lata temu. Zacisnął szczękę i włożył całą wolę, która mu pozostała, w próbę wstania. Ciało stawiało uporczywy, bolesny opór jednak porażka nie wchodziła w grę – nie, kiedy miał przed sobą realną szansę na odzyskanie wolności. Pomogło mu również pewne ramię kobiety oraz jej eteryczna dłoń, która spoczęła na jego wychudzonej, kościstej talii. Udało mu się chybotliwie stanąć na nogach, ale praktycznie nic nie czuł – wszystkimi kończynami zawładnęło, nieprzyjemnie palące, mrowienie.

– Bardzo dobrze, panie Black – usłyszał wspierający głos ognistowłosej. – Idziemy. Powolutku.

Postawił pierwszy, niepewny krok i już myślał, że przypłaci go upadkiem, jednak kobieta mu na to nie pozwoliła. Natychmiastowo przytrzymała go, była bowiem dużo silniejsza niż drobna postura wskazywała. Zachęcała go do kolejnych prób, jednocześnie dając poczucie bezpieczeństwa – coś, o co nie śmiał prosić w najskrytszych marzeniach. W żółwim tempie stawiał kolejne kroki, czując delikatną dłoń oplecioną wokół jego lewego biodra, a każdy następny krok stawał się pewniejszy od poprzedniego. Wlekąc się, wyszli z celi. Ciemnowłosy przystanął, nie wierząc w to, co ujrzał na korytarzu. Sześciu dementorów leżało bez ruchu, opierając zakapturzone oblicza o zimną, wyszczerbioną posadzkę. Więzień odetchnął głęboko, czując istne zawroty głowy. Wcześniej nie przypuszczał, że te ohydztwa kiedykolwiek mogły dotykać ziemi. Przepiękna bogini pociągnęła go lekko, przeprowadzając między bezwładnymi, sztywnymi ciałami bezlitosnych pokrak. Wpatrywał się w ich czarne, podarte płaszcze rozłożone na podłodze, zastanawiając się czy lada chwila nie poderwą się, by zrujnować jego nadzieję – jak miały to w zwyczaju. Żaden z nich jednak, nie poruszył się o chociażby milimetr, choć szli tuż obok nich. Przez rozglądanie się, mężczyzna zwolnił nieznacznie, a fakt ten nie umknął Vallerin. Zerknęła na kompana kątem oka i roześmiała się cicho widząc jego konsternację. Winna była temu człowiekowi nieco wyjaśnień.

– Mój towarzysz, ten w czarnej masce, bywa nieco nadpobudliwy – mrugnęła do skazańca. – Dementorzy mieli to nieszczęście, że wyprowadzili go z równowagi, a tego zdecydowanie nie polecam. Niech się pan nie obawia, nie zrobią już panu krzywdy. Musimy wyjść na główny korytarz. Stąd nie będę w stanie nas teleportować.

Black nie miał najmniejszego zamiaru się kłócić. Powoli przetrawiał całą sytuację, próbując zorientować się w tym, co działo się wokół niego. Jakaś dwójka czarodziei, których w życiu nie spotkał, wtargnęła do Azkabanu, jakby była to niedzielna, rodzinna wycieczka. Wysoki facet odziany od stóp do głów na czarno, unieszkodliwił pokaźne stadko dementorów – będących postrachem wszystkich osadzonych – bo go zdenerwowali, a ta dziwna kobieta mówiła o tym, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. To wszystko zdecydowanie wykraczało poza granicę jego najbardziej zwariowanych wyobrażeń! Tak zafiksował się na dementorach, że dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego ostatnie zdanie, wypowiedziane przez płomiennowłosą. Zaniepokojony wbił wzrok w jej blady, porcelanowy policzek, czym zwrócił na siebie jej uwagę.

– Czy coś się stało, panie Black? – posłała mu czujne spojrzenie.

Jak mogła w ogóle o to pytać?! Czy nie wiedziała gdzie się znajduje?! Rozgorączkowany tysiącami wizji tego, co mogło pójść nie tak, pozwolił sobie na uściśniecie jej dłoni, bezustannie opartej w okolicy jego biodra. Kobieta, błędnie interpretując jego zamiary, natychmiast odsunęła swoją dłoń, pozbawiając go cennego oparcia.

– Przepraszam – zaśmiała się nerwowo. – Sądziłam, że w ten sposób ułatwię panu poruszanie się.

– Teleportować? – zignorował jej słowa – Stąd nie da się teleportować! Azkaban jest chroniony jak…

– Jak Hogwart – weszła mu w słowo. – Doskonale o tym wiem, panie Black, jednak nie ma takiego zabezpieczenia, którego nie dałoby się złamać przy odrobinie uporu. Prawda?

Chciał coś powiedzieć, jednak nie zdążył. Ich drogę zastąpiło dwóch, nieźle wkurzonych, dementorów, unoszących się niewiele ponad metr nad ziemią. Obrzydliwe pokraki wydawały z siebie jęcząco-warczące pomruki, które ciężko było sklasyfikować, ale na pewno nie należały do wyrazów sympatii. Więzień niepewnie zerknął na kobietę, spodziewając się rychłego odwrotu, ona jednak szła przed siebie, uśmiechając się delikatnie. Nim zorientował się w sytuacji, otoczyły ich rozszalałe, wysokie płomienie. Odruchowo chciał się odsunąć, lecz uścisk błękitnookiej mu na to nie pozwolił – zamiast pozwolić mu uciec od potencjalnego zagrożenia, przycisnęła go do swojego boku. Początkowo był wściekły i zdezorientowany, nie rozumiał bowiem czemu niewiasta, która tak wiele ryzykowała włamując się do jednego z najpilniej strzeżonych więzień, miałaby teraz pozwolić mu zdechnąć w ogniu. Złość przemieniła się w niemą fascynację, gdy zorientował się, że to właśnie ona była źródłem płomieni. Migotliwe języki muskały jej długie włosy oraz skórę, powoli prześlizgując się na szczupłe plecy. Sam czuł potężne, kojące ciepło, jednak ogień zamiast parzyć otulał go subtelnie, stając się barierą, oddzielającą go od upiornych strażników Azkabanu. Demetorzy zdawali się nic sobie nie robić z płomiennego muru i zbliżali się coraz bardziej, nie odpuszczając szansy na natarcie. Lady uniosła prawy kącik ust w rozbawionym półuśmieszku – ich żałosny chłód nie miał najmniejszych szans z jej ogniem.

– Z drogi – rzuciła, unosząc dumnie podbródek.

Stworzenia zatrzymały się jak na rozkaz, po czym pierzchły pospiesznie, przywierając ciasno do zaniedbanych, kamiennych ścian. Nawet nie drgnęły, gdy Vallerin podtrzymując wycieńczonego skazańca, przechodziła między nimi. Czarnowłosy mężczyzna bezwiednie opadł mocniej na bark kobiety, wsłuchując się w świszczący, chrapliwy oddech dementorów. Ten sam, który setki razy wyrywał go z płytkiego snu, zapowiadając zbliżające się nieuchronnie tortury. Ten sam, który raz po raz wydzierał z niego najdrobniejsze pozostałości szczęścia, nadziei i wszelkich pozytywnych emocji. Ten sam, który słyszał pogrążając się coraz głębiej w przygnębiających ciemnościach. Przez kilka sekund czuł się jakby za chwilkę miał dostać ataku paniki, nie mógł pozbyć się wrażenia, że lada chwila to wszystko pryśnie niczym bańska mydlana, a te pokraki rzucą się na niego. Nic takiego się nie stało. Idąc u boku Vallerin poczuł się na tyle bezpiecznie, żeby pozwolić sobie na coś, co w więzieniu było niebezpieczną, zdradziecką przyjemnością – radość. Mógł w końcu przejść obok tych diabolicznych, nienasyconych stworzeń bez strachu paraliżującego ciało, umysł i zmysły. Mógł kroczyć pośród nich, zmierzając wprost ku wolności! Nie potrafił sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek czuł się lepiej niż w tej chwili! Nie myśląc za wiele oparł skroń na ramieniu swojej przepięknej towarzyszki. Był jej tak cholernie wdzięczny. Dzięki niej miał szansę stąd wyjść i wcielić w życie wszystkie plany, które snuł w zamknięciu. Dzięki niej mógł odzyskać choć część rodziny, którą utracił przed laty. Dzięki niej znów poczuł się jak istota ludzka. Wzdrygnął się odruchowo kiedy błękitnooka, prawdopodobnie reagując na jego niestosowne zachowanie, puściła na moment jego rękę przerzuconą przez swój bark i delikatnie, niemalże czule, pogładziła go po włosach. Odsunął się od niej, spłoszony przyjemnym dreszczem, który przetoczył się wzdłuż jego pleców – dotyk tej damy był niebywale wręcz przyjemny.

– Już niedługo – znów chwyciła jego rękę. – Niech pan wytrzyma.

Speszony starał się ograniczyć patrzenie na swą wybawicielkę i pohamować durnowate, szczeniackie myśli zaprzątające mu głowę. Mechanicznie szedł obok kobiety, tocząc z góry przegraną walkę ze swoim zdziwaczałym umysłem, wpadając po raz kolejny w świat istniejący na granicy rzeczywistości i urojeń. Miał urojenia i doskonale o tym wiedział! Przez większość czasu był w stanie odróżnić je od prawdy, jednak w sytuacjach stresowych umiejętność ta miała w zwyczaju zanikać – tracił wtedy całkowicie zdolność odróżniania tego co realne, od wytworów własnej wyobraźni, obie te rzeczy wydawały mu się bowiem tak samo autentyczne. Z chwilowego marazmu otrząsnął się dopiero kiedy, zgodnie z wcześniejszymi słowami rudowłosej, zatrzymali się w głównym korytarzu. Mimochodem rozejrzał się wokół i zaklął w duchu widząc przynajmniej jedenaście dementorów, czających się w słabo oświetlonych, wąskich korytarzykach, przecinających chaotyczną plątaniną całe skrzydło. Stworzenia kotłowały się nerwowo w ciasnych przejściach, wydając z siebie donośne, przeraźliwe dźwięki. Słyszał już podobne zawodzenie i był świadom tego, że te okrutne pokraki dawały w ten sposób upust irytacji. Zawsze uważał te potępieńcze jęki za coś koszmarnego, teraz jednak były istną muzyką dla jego uszu – cholerne poczwary były tak blisko, a nie mogły tknąć go nawet palcem.

– Jest pan gotów, panie Black?

Spojrzały na niego płomienne tęczówki…tak piękne i przerażające zarazem. Więzień przełknął, z trudem, nagromadzoną ślinę. Pojęcia nie miał kim była ta kobieta, ale widząc jak dementorzy posłusznie usłuchali jej rozkazu, mógł być pewien jednego – z całą pewnością nie była pierwszą lepszą czarownicą, jakich wiele. Tej świetlistej, anielskiej istocie bliżej było do zapomnianej bogini, niż zwyczajnej posiadaczki magicznych zdolności.

– Prowadź – uśmiechnął się do niej zaczepnie.

Kobieta roześmiała się cicho, po czym poprawiła rękę oplatającą jego plecy, dość mocno wbijając palce w jego bok, tuż nad biodrem. Czarnowłosy poczuł znajomy ucisk, towarzyszący pierwszej fazie teleportacji, jednak już po chwili otoczyła go kompletna, niezmącona ciemność.

                Vallerin siedziała na kanapie w salonie swojej rezydencji, kończąc pić trzecią filiżankę kawy. Co jakiś czas zerkała na Dragana, który rozsiadł się w jednym z przepastnych, misternie rzeźbionych foteli z książką w dłoni. Obydwoje czekali, aż Arien skończy proces leczenia pana Blacka i zejdzie do nich, by poinformować o postępach. Lady chciała oczywiście pomóc bratu, jednak Phoenix wyprosił ją niemalże natychmiast po tym, jak ocenił stan poszkodowanego. Luther dołączył do niej w salonie jakąś godzinę później, zostawiając dziadka sam na sam z pacjentem. Ognistowłosa podniosła zmęczone oczy i spojrzała na wskazówki zegara, po czym westchnęła cicho – siedzieli tu od ponad czterech godzin. Mogłaby sama próbować pomóc byłemu więźniowi, jednak mogła wyrządzić mu znacznie więcej szkód, niż przynieść pożytku. Jej umiejętności uzdrowicielskie nie mogły równać się z kunsztem Ariena oraz jego wielowiekowym doświadczeniem. Wyprostowała się słysząc powolne, majestatyczne kroki zdecydowanie zbliżające się ku nim z jasnego, dość wąskiego korytarza.

– Co z nim? – Dragan zapytał zanim jeszcze Lord zdołał wejść do pomieszczenia.

– Dużo gorzej niż na to wyglądało.

Arien wkroczył do salonu i nie mówiąc nic więcej, podszedł wprost do kanapy. Opadł ciężko na wolne miejsce tuż obok siostry, z wdzięcznością przyjmując filiżankę świeżej, parującej kawy. Oparł wygodnie plecy o ramę siedziska, zarzucając nonszalancko nogę na nogę – dopiero tak usadowiony, zdecydował się kontynuować sprawozdanie.

– Fizycznie udało mi się doprowadzić go do porządku, jednak zakładam, że będziesz miała z nim problem, Erin – zarzucił rękę na ramiona Lady. – Podczas leczenia naliczyłem u niego 37 blizn, wskazujących na długotrwałe tortury. Ma na ciele liczne ślady po cięciach, przypaleniach, wykręcaniu stawów, ranach kutych oraz szarpanych i przygnębiającą kolekcję źle zrośniętych złamań. Kości udało mi się porządnie poskładać, więc z tym nie powinno być kłopotów. Jego początkowy stan oceniłem na tragiczny. Stawy, ścięgna i mięśnie odkształciły się przez lata przykucia do ściany, a w przypadku mięśni zauważyłem początki miejscowego ich zaniku. Był wychłodzony, odwodniony, wygłodzony i bardzo słaby. Nie wiem co tam się działo, ale wyniszczyło go to niemalże doszczętnie. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że w ciągu ostatnich 12 godzin był bity, na co wskazywały świeże siniaki, pęknięta żuchwa oraz poszarpane wargi. Uśpiłem go, żeby nie cierpiał podczas leczenia. Bardziej jednak niż jego stan fizyczny, niepokoi mnie to, co mogło stać się z jego psychiką. Lata zabaw dementorów i ciągłe znęcanie się, odcisnęły na nim swoje piętno, jednak nie potrafię określić precyzyjnie do jakiego stopnia. Tutaj ogólnie niewiele mogłem zrobić…połatałem jako tako jego duszę, lecz umysł – przerwał, przyciągając błękitnooką bliżej siebie – to już zupełnie inna sprawa. Musisz obchodzić się z nim bardzo delikatnie, Erin. Na pewno będzie cierpiał na syndrom stresu pourazowego, a i bez tego jego psychikę oceniam na kruchą. Jako uzdrowiciel mogę jedynie zasugerować, żeby dużo wypoczywał zanim jego ciało nie przyzwyczai się do skutków szybkiego leczenia. Co zrobić z jego lękami, ty będziesz wiedziała najlepiej.

Phoenix skończył przestawiać swoją diagnozę i delikatnym ruchem położył dłoń na głowie gospodyni. Czule potargał długie włosy dziewczyny, zerkając na nią z niedowierzaniem. Wystarczyło spuścić tych dwoje na chwilę z oka i już wpakowali się w coś niebezpiecznego. Przygarnęli pod dach rezydencji wrak człowieka, z niejasną przeszłością i budzącym uzasadniony niepokój stanem psychicznym.

– W coś ty się znów dała wciągnąć, Vallerin? – westchnął z rezygnacją.

– To akurat był mój pomysł – kruczowłosy roześmiał się radośnie. – Vallerin tylko mi pomogła.

– Właśnie, Luther! – obruszyła się Lady, zaplatając ramiona na piersi – Strasznie dziwnie rozumiesz znaczenie słowa pomoc! Miałam cię tylko tam wprowadzić, a skończyło się na tym, że odwaliłam sama całą robotę.

Turkusowooki zaśmiał się głośniej. Fakt. Całe te odwiedziny w cholernym, zapyziałym więzieniu pośrodku niczego, nie przebiegły tak, jak zaplanował. Niemalże natychmiast po ich wtargnięciu, musiał zająć się dwoma strażnikami, którzy napatoczyli się cholera wie skąd i całym stadkiem mało radosnych pokrak w pelerynach. Co prawda mógł zostawić dementorów w spokoju, ale nie byłoby to ani trochę zabawne! Strażników pozbawił przytomności za pomogą gazu własnego autorstwa, zanim mieliby szansę ich zlokalizować, dlatego nie spodziewał się żadnych świadków – cele były szczelnie pozamykane, więc inny więźniowie nie mogli nic zobaczyć, a przez grubość murów wątpił również, żeby coś słyszeli. Zanim posłał spać jednego ze strażników, pogrzebał mu bezczelnie we łbie, szukając informacji o numerze uroczego lokum, które zamieszkiwał Black – pilnujący porządku w Azkabanie albo generalnie nie zaliczali się do szczególnie lotnych umysłów, albo trafił mu się żałośnie podatny na czary-mary dureń. Tak czy inaczej, reszta ich wycieczki poszła w miarę gładko, zważywszy na okoliczności. Musiał tylko przeprosić swojego Aniołka za zostawienie jej samej w tym ohydnym miejscu.

– Takie sprawy lepiej zostawiać najlepszym! Nie uważasz, śliczna? – mrugnął porozumiewawczo do kobiety.

Panna Crown odpowiedziała mu cichym, melodyjnym śmiechem, jednak miłą atmosferę psuła pewna zasadnicza skamielina, wpatrująca się w niego intensywnie tymi lodowatymi, przenikliwymi tęczówkami. Luther prychnął i przewrócił oczami – zaczynało się…zakichany ponurak i jego zasady.

– Erin, idź proszę do pana Blacka – Phoenix starał się uśmiechnąć ciepło do siostry, wyszedł mu z tego jednak pokraczny, lekko odpychający grymas. – Niedługo moje zaklęcie przestanie działać, a lepiej byłoby, gdyby nie był sam, kiedy się obudzi. Może być w szoku i ciężko przewidywać, jak się zachowa.

Lady wstała, posyłając Draganowi współczujące, ukradkowe spojrzenie. Nie potrzeba jej było dosadniejszych aluzji – brat najwidoczniej miał do pogadania w cztery oczy ze swoim krnąbrnym potomkiem. Liczyła się z tym, że Arien nie będzie – łagodnie rzecz ujmując – zadowolony z ich poczynań, ani jej mieszania się w autonomię świata czarodziei. Wygładziła ciemnozieloną suknię, przeciągając chwilę wyjścia z salonu, lecz młody Luther nie posłał jej żadnego sygnału, wskazującego na to, że liczył na jej wsparcie. Widocznie uznał, iż poradzi sobie sam, więc szybkim krokiem oddaliła się, znikając w labiryncie korytarzy, zanim to Arien dał upust swej złości. Lord odstawił nietkniętą kawę i spojrzał wymownie na wnuka. Kruczowłosy, rozpoznając doskonale wściekłość czającą się w arystokratycznych rysach kompana, usiadł prosto w fotelu, przyjmując jak najbardziej poważną pozę. Rozsierdzony Phoenix sam w sobie był niemałym problemem, nie chciał go więc dodatkowo drażnić arogancją. Już wystarczająco mu podpadł.

– Jak mi to wyjaśnisz? – warknął ostro błękitnooki.

– Przeczucie, staruszku – Luther wzruszył ramionami. – Ten facet tam na górze, został skazany po wielkiej wojnie czarodziei na dożywocie, za spowodowanie śmierci 12 mugoli, zamordowanie czarodzieja, współpracę z abominacja zwaną Voldemortem i wyjawienie tajemnicy, którą jego przyjaciele przypłacili życiem.

– Nie pocieszasz mnie, Dragan – Lord przerwał mu stanowczo.

Czarnowłosy mimowolnie wzdrygnął się, słysząc narastającą w głosie rozmówcy irytację. Pośród Phoenix’ów nie było nikogo równie przerażającego, jak Arien – wyniosły Mistyczny, będący stoicką oazą spokoju, zmieniał się nie do poznania, kiedy tracił cierpliwość, a ta granica była wyjątkowo cienka. Luther odchrząknął, zakładając dłonie na kark. Każdy stając przed rozzłoszczonym Arienem truchlał, on jednak miał wprawę w wyprowadzaniu go z równowagi i wychodzeniu z tego obronną ręką. Uśmiechnął się zaczepnie do dziadka, mając zamiar pociągnąć dalej ryzykowną gierkę.

– Może dałbyś mi dokończyć, dinozaurze? – zakpił, unosząc podbródek – Blacka uwięziono bez przeprowadzenia jakiegokolwiek procesu i to dosłownie. ministerstwo nie kiwnęło nawet palcem, zanim skazano go na dożywocie bez możliwości złagodzenia kary, ani ubiegania się o zwolnienie warunkowe. Nie uważasz, że to dziwne? Maznę ci na szybko to co wiem o naszym połatanym gościu. Black należał do rodu czystej krwi, ale został wydziedziczony, kiedy jawnie wystąpił przeciwko własnej rodzinie i zaczął głośno opowiadać się za koniecznością zaakceptowania mugoli w świecie czarodziei. Jeszcze za dzieciaka opuścił rodzinny dom i zamieszkał u swojego najlepszego przyjaciela, Jamesa Pottera, odcinając się całkowicie od wielmożnego rodu Black. Po co ktoś taki miałby nagle zacząć mordować mugoli, których wcześniej zażarcie bronił? Na jaką cholerę zdradziłby kumpla, którego kochał jak brata, o czym wszyscy wiedzieli? Nawet gdyby od samiusieńkiego początku coś kombinował, chociaż wątpię czy 11 latek byłby w stanie coś takiego wymyślić, musiał wiedzieć, że nie uniknie podejrzeń jako osoba z najbliższego otoczenia. To się kupy nie trzyma – Luther wyciągnął z kieszeni papierośnicę, po czym odpalił fajkę. – Podczas prowadzenia, na prośbę Vallerin, rekonesansu w półświatku, natknąłem się na całkiem interesującego informatora.

– Niejaki pan Rowle? – Lord uśmiechnął się oszczędnie – Tak coś mi się wydawało, że jego zniknięcie wygląda na twoją robotę.

– Kunsztu nie ukryjesz, co? – turkusowooki żachnął się, wypuszczając gęsty dym – Wracając do tematu, zgadnij któż to naciskał na szacownego ministra, żeby jak najszybciej skazać Blacka? Nie kto inny jak Rowle we własnej, żmijowatej osobie. Nasz drogi Nathan ogólnie rzecz biorąc jest wprost wyborną szują, od lat wspierającą po cichutku Voldemorta, jego popleczników i całą tą gówno wartą ideę czystości krwi. Grzejąc tyłek na wygodnym stołeczku uwijał się jak mróweczka, tuszując dziesiątki spraw, mogących zakończyć się skazaniem Śmierciożerców, samego Lucjusza Malfoy’a włączywszy. Tak pospieszne, dość ryzykowne, działanie zwolennika Voldiego dało mi do myślenia. Mam przeczucie, Arien. Sądzę, że z Blacka zrobiono bardzo wygodnego kozła ofiarnego. Wmanewrowano go w całe to bagno, by rzeczywisty sprawca uniknął wykrycia i mógł spokojnie zająć się czymkolwiek zaplanowali. Blacka nawet raz nie wysłuchano, rozumiesz? Nigdy nie przesłuchano, chociażby pobieżnie, głównego podejrzanego, jakby wcale nie zależało im na ustaleniu czy działał sam, czy miał pomocników, chociaż akcja sprawiała wrażenie zakrojonej na szeroką skalę! Nikt nie kwapił się do wysłuchania Blacka, więc ja przesłuchałem Rowle’a, który przyznał, że „sprawa Potterów nie jest tak czysta, jak się wydaje”. Za dużo Nathan nie wiedział, ale potwierdził ostatecznie, że dostał rozkaz pozbycia się Blacka. Wszystko o czym ci teraz truję ma bezpośredni związek z Po Prostu Harrym, a przez to dotyka również Vallerin. Pomijając to, że Vallerin ma się opiekować tym szczeniakiem, nie uważasz, że dzieciak zasługuje na poznanie prawdy?

Arien milczał przez dłuższą chwilę, analizując wszystko co usłyszał. Nie znosił przeczuć Dragana z jednego, prostego powodu – ten postrzelony gówniarz bardzo rzadko się mylił. Jeśli to co odkrył okazałoby się prawdą…musiałby na nowo przemyśleć sprawę zapewnienia siostrze bezpieczeństwa. Nie miał pojęcia czy Dumbledore zdawał sobie sprawę z ilości intryg, które gęstą siecią oplatały jego szkołę, lecz nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia – liczyła się tylko i wyłącznie panna Crown.

– Jesteś przekonany, co do niewinności Blacka? – spojrzał wymownie na wnuka.

– Tego nie powiedziałem – Luther sięgnął po kolejnego papierosa. – Mam przeczucie, że faceta bezczelnie wrobiono, dlatego zamierzam dociec, co dokładnie wydarzyło się tej nocy dwanaście lat temu. Moim skromnym zdaniem w naszym, dobrze pojętym, interesie jest uświadomienie Vallerin na co dokładnie się pisze i ewentualne skorygowanie planu działania, stosownie do całokształtu sytuacji. Nie mogę jej odpowiednio chronić, jeśli nie wiem co się tu do jasnej kurwy dzieje. Jesteś w stanie mi zaufać w tej sprawie? – odsunął fajkę od ust i uniósł lekko prawą brew – Dziadku?

Phoenix roześmiał się serdecznie. Dragan potrafił przyprawić go o stany nerwicowe, urozmaicone palpitacjami, jednak nie bez przyczyny to właśnie jemu powierzył czuwanie nad Erin. Kruczowłosy bywał porywczym, okrutnym szaleńcem, nie zmieniało to jednak tego, że posiadał niedościgły umysł i był całkowicie oddany swojej Lady. Jeśli chodziło o pannę Crown, mógł mu ufać. Zawsze i bezwzględnie.

– Masz moje pełne poparcie, chłopcze. Oceń sytuację i nie pozwól, żeby Erin zbytnio zatraciła się w świecie czarodziei – Lord wstał z kanapy. – Pamiętaj, że to ona jest najważniejsza, reszta nie ma najmniejszego znaczenia.

– Nie musisz mi przypominać, nie mam jeszcze sklerozy! – roześmiał się turkusowooki – Dzięki, Arien.

– Podziękowania od ciebie? – prychnął kpiąco Phoenix – Cóż to? Dzień łaski dla starców? Zrób wszystko co uznasz za konieczne, Dragan. Zezwalam ci na użycie wszelkich metod. Odpowiedzialność biorę na siebie, podobnie jak negocjacje z moimi braćmi. Ty niczym się nie przejmuj i rób swoje.

Podczas, gdy panowie rozmawiali ustalając szczegóły współpracy, płomiennowłosa siedziała na krześle przy łóżku pana Blacka. Trzymając stosowny dystans od mężczyzny, podziwiała efekty starań Ariena, które znacznie przekroczyły jej oczekiwania. Brat odwalił kawał świetnej roboty, czemu nie powinna się dziwić – w końcu nie na darmo zyskał sobie przydomek Uzdrowiciel. Każdy członek rodu Phoenix przejawiał szczególny, wrodzony talent do jednej dziedziny magii, nie było więc nic zaskakującego w tym, że Arien w swej sztuce stał się niedościgłym mistrzem, zaznajomionym ze wszystkimi jej arkanami. Dzięki olbrzymiej wiedzy oraz naturalnym predyspozycjom potrafił leczyć ciała, umysły, a nawet – w ograniczonym zakresie – dusze. Z godną pozazdroszczenia, chirurgiczną precyzją stawiał bezbłędne diagnozy, ustalał najefektywniejsze plany uzdrawiania i cierpliwie dążył do ich zrealizowania, nieraz ratując tym beznadziejne przypadki. Vallerin miała wiele okazji do podziwiania starszego brata przy pracy, jednak każda taka możliwość niezmiennie sprawiała jej najczystszą radość. Arien oddając się leczeniu, wyzbywał się swoich skłonności do utrzymywania pozy butnego, wyniosłego, aroganckiego, oschłego Mistycznego – zachowywał się jak dobrotliwy lekarz, zatroskany o zdrowie pacjenta. Uwielbiała obserwować jak jego kamienna, zacięta twarz łagodniała, kiedy zabierał się za pracę. Wyglądał wtedy na spokojnego, zrelaksowanego i szczęśliwego – bezcenny widok. Omiotła spojrzeniem byłego skazańca, leżącego w ciemnowiśniowej, atłasowej pościeli i uśmiechnęła się ciepło. Dzięki Arienowi, Black wyglądał o niebo lepiej niż ledwie kilka godzin temu. Lord starannie odbudował jego ciało – wzorując się na posturze, którą musiał dysponować w wieku około lat dwudziestu – zaleczył jątrzące się rany, umiejętnie poskładał szkielet, a nawet odnowił liczne tatuaże zdobiące skórę więźnia. Ognistowłosa ostrożnie musnęła palcami zimny, naznaczony kilkoma niewielkimi szramami, policzek mężczyzny. Kiedy zobaczyła go w celi…bała się, że nie zdoła przeżyć ucieczki. Dała mu co prawda odpowiednie lekarstwo, ale gdy objęła jego wychudłe, zaniedbane ciało już wiedziała, że wciąż był za słaby, żeby bez szwanku przejść przez teleportację i nie myliła się. Black stracił przytomność już na samym początku, a ona modliła się, by dotarli do rezydencji na czas. Arien powiedział Draganowi, że uwalniając więźnia z kajdan niezamierzenie pogorszyli jego stan. Udręczone ciało nie było w stanie funkcjonować po utracie bezdusznego oparcia, a sam zainteresowany trafił w ręce Uzdrowiciela w newralgicznym momencie – organy nie wytrzymały obciążenia i zaczęły pękać, powodując krwotok wewnętrzny. Dziękowała niebiosom za to, że poprosiła Luthera o sprowadzenie Ariena. Sama nie byłaby w stanie wyratować Blacka z równie opłakanego stanu…nie wiedziałaby nawet, gdzie powinna zacząć. Miała szczerą nadzieję, że kruczowłosemu nie oberwie się zbytnio za włamanie do Azkabanu i podprowadzenie cichaczem skazańca. Sama na początku była sceptycznie nastawiona do tego szalonego pomysłu i wariackiego planu, opartego w niebezpiecznym stopniu na szczęściu, lecz nie mogłaby pozwolić turkusowookiemu iść samotnie. Nie żeby martwiła się o tego psychola! Co to, to nie! Leżał jej na sercu los wszystkich nieszczęśników, którzy mogliby nieopatrznie stanąć mu na drodze. Przez zgodzeniem się od razu na jego plan powstrzymywało ją jedno – nijak nie podobał jej się pomysł tak inwazyjnego wtrącania się w autonomię czarodziei, którą od wieków gwarantowało im porozumienie podpisane z Phoenix’ami. Może i ludzcy sygnatariusze tej umowy dawno już odeszli, ale Mistyczni trwali bez końca, szanując raz złożone obietnice. Luther, widząc jej obawy, zasypał ją lawiną argumentów, których wytaczać tak po prawdzie wcale nie musiał. Panna Crown bardzo dawno temu nauczyła się niezachwianej wiary w jego przeczucia – Dragan niedorzecznie rzadko mylił się w swoich ocenach.

– Lady, czy podać coś do picia?

Niemalże podskoczyła, słysząc obok siebie głos Stena. Stary majordomus stał u jej prawego boku, czujnie przyglądając się śpiącemu mężczyźnie.

– Poproszę kawę – uśmiechnęła się swobodnie. – Czy Dragan skończył rozmawiać z Arienem?

– Nie, moja ani i nie sądzę by czcigodny Lord szybko nas opuścił – Sten spojrzał na nią z rozbawieniem. – Dragan przed kwadransem odpieczętował butelkę whisky, którą przywiózł panience w prezencie panicz Ethan.

– Pfff…hahahaha! – roześmiała się perliście – A ja się o nich martwiłam! Zaproponuj im proszę kolejną butelkę, skoro mają zamiar się integrować po tylu latach.

– Służę, moja pani – stworzonko skłoniło się dwornie. – Lady, czy mogę panienkę o coś zapytać?

– Oczywiście.

– Pan Black na długo pozostanie naszym gościem?

– Nie jestem pewna, Sten – westchnęła, zerkając przepraszająco na starca. – Pan Black musi odzyskać nieco sił, później zdecydujemy co dalej. Przepraszam za przysparzanie ci zmartwień.

– Służenie panience pomocą jest dla mnie przyjemnością, a nie przykrym obowiązkiem. Proszę o tym pamiętać, Lady – majordomus upomniał ją z czułym uśmiechem. – Panicz Ethan wyraził zgodę na użyczenie panu Blackowi swej garderoby. Czy mam przygotować coś odpowiedniego?

– Będę ci bardzo wdzięczna. Dziękuję.

Skrzat pochylił czoło, po czym wyszedł tak samo cicho jak wszedł. Płomiennowłosa jeszcze przez chwilę patrzyła na drzwi, za którymi zniknął staruszek, wzdychając ciężko. Stena niepokoiła obecność nieznajomego czarodzieja, przywleczonego Merlin jeden wiedział skąd, a mimo to ofiarnie asystował Arienowi podczas kilkugodzinnego procesu leczenia. Musiała zapamiętać, żeby odpowiednio podziękować majordomusowi, co nie należało do zadań prostych – Sten odznaczał się wręcz niezdrową dumą i stronił od wyrazów wdzięczności, uważając się za niegodnego tak miłościwego traktowania. Wstała z krzesła, chcąc zejść na parter i sprawdzić jak trzymał się jej brat. Arien miał słabą głowę do alkoholu, a Dragan był w tej dziedzinie bezlitośnie wymagający – potrafił przepić niemalże każdego i nie za bardzo interesowały go ograniczenia oponenta. Już miała wyjść, gdy twarz Blacka wykrzywił nieoczekiwany grymas bólu. Nie mogła zostawić go samego…niesiona współczuciem dla tego udręczonego człowieka, pochyliła się nad nim i miękkim ruchem odgarnęła wilgotne włosy z jego czoła. Uśmiechnęła się smutno, wpatrując się w szlachetne, męskie rysy. Kiedyś musiał być bardzo przystojnym młodym człowiekiem, a terapia Phoenix’a przywróciła mu ten arystokratyczny, wyrafinowany blask. Ciemnowłosy, czując zapewne jej dotyk, wtulił policzek w jej chłodną skórę i przytknął rozedrgane wargi do wewnętrznej strony śnieżnej dłoni.

– Nie zostawiaj mnie… – wymamrotał przez sen, muskając ustami jej dłoń.

Poczuła ucisk w gardle. Jakże mogłaby go zostawić? Usiadła na krzesełku, nie zabierając dłoni z jego twarzy – kiedy tylko próbowała, znowu zaczynał mamrotać, prosząc by przy nim została. Nieszczęsne stworzenie. Kiedy zobaczyła go w celi, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że oto klęczał przed nią wrak człowieka. Wychudły, okaleczony, zaszczuty, bezradny facet o rozgorączkowanych, zmatowiałych oczach, które ujrzały zbyt wiele. Powtórnie przesunęła dłoń na jego czoło i chwyciła cienki kosmyk wypłowiałych, wybiórczo posiwiałych włosów, które należało jak najszybciej obciąć – były szorstkie, połamane i suche jak pieprz. Odruchowo chciała odsunąć rękę, lecz były skazaniec jęknął, nie pozwalając jej na to. Gładziła kciukiem jego skroń, zastanawiając się skąd mogła brać się u niego tak desperacka potrzeba bliskości, ale im więcej o tym myślała, tym mroczniejsze stawały się jej przypuszczenia. Nie miała bladego pojęcia w jakim dokładnie stanie znajdował się Black, w momencie rozpoczęcia leczenia. Arien stanowczo zakazał jej udziału we wstępnych czynnościach pielęgnacyjnych, z rezygnacją stwierdzając, że nie było to odpowiednie zajęcie dla damy. Lord wolał polegać na pomocy Luthera oraz skrzatów, niż wykorzystywać dobroć siostry, za co po prawdzie była mu wdzięczna. Oczywiście chciała na coś się przydać, nie sądziła jednak, by pan Black z godnością przyjął informację o tym, że zupełnie obca kobieta oglądała go kompletnie nagiego, na domiar złego pomagając mu przy kąpieli – żaden mężczyzna nie potrafiłby pogodzić się z myślą, iż dziewczyna mogła widzieć go całkowicie bezradnego. Dobrze, że Ethan zgodził się na udostępnienie swojej garderoby…już i tak bez pytania pożyczyli jego czarne, materiałowe spodnie regulowane w pasie za pomocą ręcznie plecionego, szerokiego sznurka. Dragan wyraził chęć użyczenia własnych ciuchów, był jednak nieco wyższy od odbitego więźnia i mocniej wyrzeźbiony, dzięki dziesięcioleciom spędzanym w głównej mierze na pracy w terenie. Panu Blackowi dużo bliżej było do smukłej, przyjemnie wysportowanej sylwetki Ethana. Lady zerknęła na bordowy podkoszulek przerzucony przez ramę łóżka. Arien najwidoczniej zrezygnował z pomysłu ubierania więźnia, który i tak praktycznie cały tors miał owinięty bandażami – musiała zapytać brata, jak często powinna zmieniać opatrunki. Nieoczekiwanie Black poderwał się gwałtownie z krzykiem. Vallerin odruchowo chwyciła jego dłoń, zwracając na siebie tym samym uwagę zdezorientowanych, szarych oczu.

– Anioł… – wyszeptał, wpatrując się w nią krępująco.

– Wystarczy Vallerin – uśmiechnęła się łagodnie. – Jak się pan czuje?

To pytanie całkowicie zbiło go z tropu. Jak właściwie się czuł? Nic go nie bolało, nie był przemarznięty ani zesztywniały…bardzo dziwne uczucie. Kwestia samopoczucia zeszła na dalszy plan, gdy zorientował się, że leżał wygodnie na łóżku zamiast klęczeć w swojej ciemnicy. Przez chwilę spanikował, ale zaczął sobie przypominać. Dama w bieli, dementorzy, mężczyzna w masce…tak, to układało się w logiczną, chociaż nieprawdopodobną całość. Udało im się? Przepiękna istotka o ognistych włosach zwróciła mu wolność? Przez natłok myśli zakręciło mu się w głowie.

– Chyba dobrze – odpowiedział, opadając na cudownie miękką pościel.

– Cieszę się. Proszę, żeby jeszcze pan nie wstawał. Uleczyliśmy pana, ale wątpię, by odzyskał pan szybko siły. To wymaga czasu. Proszę się nie przemęczać.

Mężczyzna przez dłuższą chwilę patrzył, jak dziewczyna gładziła kciukiem wierzch jego dłoni. Powinien zabrać rękę, ale wszystko w nim krzyczało, żeby tego nie robił. Miała takie ciepłe, delikatne dłonie…bardzo przyjemne. Nie pamiętał już kiedy ostatnio ktoś dotykał go w równie łagodny, pocieszający sposób…całkowicie pozbawiony odrazy. Nie chciał, by przestała.

– Syriusz – spojrzał na swoją wybawicielkę. – Mam na imię Syriusz.

– Wiem, panie Black – uroczo przekrzywiła głowę. – Życzy pan sobie, żebym zwracała się do pana po imieniu?

– Jeśli nie będzie to panience przeszkadzało – postarał się uśmiechnąć.

– Wystarczy Vallerin – powtórzyła po raz kolejny. – Jest ci wygodnie? Mogę przynieść jeszcze jedną poduszkę albo zamienić kołdrę na coś lżejszego.

– Nie…tak jest dobrze – przygryzł nieświadomie dolną wargę. – Mhmm…Vallerin?

– Tak?

– Gdzie jesteśmy? – rozejrzał się po pięknie urządzonym pokoju.

– W moim domu – wzruszyła ramionami. – Wybacz, że nie zapytałam, czy mogę cię tu zabrać, ale bardzo szybko straciłeś przytomność. Nie martw się, tutaj jesteś bezpieczny. Mogę obejrzeć twoje nadgarstki?

– Co? – rzucił niepewnie.

– Nadgarstki – powtórzyła z nutą troski w głosie. – Kajdany mocno cię poraniły. Chciałabym zobaczyć, czy wszystko ładnie się goi.

– A tak… – bąknął – jasne.

Błękitnooka wstała z krzesła i pochyliła się nad łóżkiem, ostrożnie unosząc jego prawą rękę. Uważnie obejrzała nadgarstek, nie puszczając jego dłoni, po czym zrobiła to samo z lewym i uśmiechnęła się widocznie zadowolona z tego, co widziała. Sam nie był ani trochę ciekaw, w jakim stanie było jego ciało – za bardzo fascynowała go tajemnicza towarzyszka. Teraz miał szansę przyjrzeć jej się z bliska trzeźwym okiem, a im dłużej patrzył, tym bardziej czuł się skrępowany. Nic dziwnego, że wtedy w celi wziął ją za najprawdziwszego anioła. Nigdy nie widział urodziwszej kobiety…wszystko w niej było onieśmielająco wręcz piękne: długie, ogniste włosy; migdałowe, lazurowe oczy skrzące milionami gwiazd; wydatne, malinowe wargi rozciągnięte w czarującym półuśmiechu; subtelny, lekko zadarty nosek; niedościgłe rysy drobnej buzi; jaśniejąca, nieskazitelna cera; eteryczna, niemalże ulotna postura; magnetyczny zapach, bijący od ciepłego ciała…dodatkowo roztaczała wokół siebie specyficzną aurę, dzięki której czuł się spokojny oraz bezpieczny. Odnosiła się do niego z czułą wyrozumiałością, przez którą spokojnie mógł postradać resztki zdrowych zmysłów. Urzekające zjawisko.

– Wygląda na to, że wszystko porządnie się zagoi. Masz ochotę coś zjeść?

– Nie, nie jestem głodny. Dlaczego mnie uratowałaś? – zawahał się przez moment – Ty i twój kompan?

– To dość długa historia, jeszcze będziesz miał czas jej wysłuchać. Póki co powinieneś odpoczywać i nabierać sił. Może póź…

Ich rozmowę przerwało przybycie starszego skrzata o czujnym spojrzeniu. Sten rzucił okiem na wybudzonego gościa, próbując ocenić jego stan oraz to, czy nie stanowił zagrożenia dla panny Crown. Upewniwszy się, że ów człowiek nie byłby w stanie zaatakować Lady, postawił na stoliku nocnym porcelanową filiżankę, wypełnioną po brzegi aromatyczną kawą. Jako szanujący się i traktujący z należną powagą obowiązki majordomus, powinien zarzucić obawy, by potraktować czarodzieja tak, jak każdego z gości odwiedzających posiadłość.

– Kawa dla pani, Lady – skinął dwornie w stronę gospodyni. – Czy panicz Black zechce napić się czegoś ciepłego?

Szarooki milczał zawzięcie, więc Vallerin zwróciła się do skrzata w jego imieniu.

– Przygotuj proszę dla naszego gościa herbatę – spojrzała wyczekująco na byłego więźnia. – Może być?

Speszony Black skinął głową, co stanowiło jasny znak dla Stena. Syriusz ledwo zauważał uprzejmego skrzata, skupił się bowiem na tym, w jaki sposób nazwał Vallerin. Lady…więc należała do arystokratycznej rodziny, jej imię jednak nic mu nie mówiło. Uznał, że to dość dziwne. Jego ród bardzo troszczył się o jak najlepsze relacje z arystokracją i przedstawiciele znamienitych rodzin nieraz niemalże najeżdżali jego dom rodzinny. Błękitnooka na oko mogła być góra dziesięć lat od niego młodsza, powinien więc o niej słyszeć, nawet gdyby tego nie chciał – matka zawsze marzła o tym, by jej synowie ożenili się z arystokratkami i nie przepuszczała żadnej szansy na zapoznanie młodziutkich szlachcianek. Zapamiętałby równie niespotykane imię…

– Służę, moja pani – majordomus pokłonił się przed damą. – Poinformuję panicza, że nasz gość odzyskał przytomność.

– Dziękuję, Sten!

               Panna Crown siedziała na tarasie, czytając jedną ze swych bezcennych ksiąg. Niedługo po przekazaniu przez Stena wieści o wybudzeniu się Syriusza, została poproszona o zejście na parter, a jej miejsce u boku byłego skazańca zajął Luther. Dragan, oczywiście pod zmienioną postacią, uparł się, żeby porozmawiać na osobności z Blackiem, a ona skorzystała z okazji, by posiedzieć chwilę z Arienem. Wraz z Lordem opróżniła do końca napoczętą butelkę whisky i wyciągnęła go jeszcze na spacer po rozległym ogrodzie. Brat wyjaśnił jej dokładnie w jaki sposób miała opiekować się czarodziejem, żeby przyspieszyć jego powrót do zdrowia, powspominał dawne czasy, ponarzekał na bezczelność swego wnuka i zadecydował o powrocie do własnego zamku, goniony przez kilka spotkań zaplanowanych na dzisiejsze popołudnie oraz wieczór. Po tym jak Phoenix dość wylewnie się z nią pożegnał – co nie należało do jego zwyczajnych zachowań – powlokła się do biblioteki, a następnie na taras, żeby zająć czymś umysł na czas nieobecności turkusowookiego. Uważała pomysł rozmowy Luthera sam na sam z byłym więźniem za trafiony. Kruczowłosy był w stanie najlepiej wytłumaczyć Blackowi sytuację w jakiej się obecnie znajdował i ewentualnie objaśnić mu zmiany, które zaszły w świecie podczas jego odsiadki. Nie chciała mu w tym przeszkadzać, dodatkowo była świadoma tego, że powinna zbierać siły na nieuniknioną mediację między Lutherami. Ethan, póki co był zajęty wykonywaniem jakiegoś zadania na prośbę Albusa, jednak jego rychły powrót zwiastował początek kłótni, a spory między tymi dwoma zawsze szybko eskalowały – Ethan nie był w stosunku do swojego młodszego brata tak wyrozumiały, jak Arien. Westchnęła, spoglądając na uchylone przeszklone drzwi. Taka była już napięta natura relacji pomiędzy braćmi Luther…z tym problemem miała jednak zmierzyć się najwcześniej za jakieś dwa tygodnie, liczyła więc, że wzburzone nastroje zdążą nieco okrzepnąć. Rozproszona melodią wygrywaną przez ścienny zegar – dobiegającą z wnętrza rezydencji – skrzywiła się. Optymistycznie poleciła Merion przygotowanie obiadu. Nie spodziewała się, że pogadanka Dragana zajmie mu ponad dwie godziny. Najwidoczniej Syriusz miał sporo pytań, których nie zdecydował się zadać jej.

– Moja pani, – na zewnątrz wszedł Sten – obiad jest gotowy. Zechce panienka do nas dołączyć? Panicz Luther obiecał pojawić się jak najszybciej.

– Nie będziemy go poganiać – roześmiała się, odkładając książkę. – Czy mógłbyś zwołać skrzaty?

– Oczywiście, Lady.

Majordomus uśmiechnął się ledwo zauważalnie, zabierając się za wykonanie polecenia swej ukochanej pani. Wspólne posiłki panny Crown oraz wszystkich pracujących w rezydencji skrzatów były bezprecedensową tradycją – zwyczajem, nie mającym żadnego odpowiednika w szerokim świecie. Ognistowłosa przeniosła się do obszernej jadalni, po czym zajęła swoje miejsce przy długim, solidnym stole. Wkrótce pomieszczenie wypełnił gwar rozmów, śmiechów i wzajemnych docinek, który pokochała lata temu. Skrzaty, w większości podekscytowane, pytały nienachalnie o nowego mieszkańca, próbując dowiedzieć się czegoś o nieoczekiwanym gościu – część z nich widziała w jakim stanie był mężczyzna i szczerze martwiła się jego zdrowiem. Wkrótce ciężar rozmowy przeniósł się na wspominanie czasu, który Albus spędził w rezydencji. Lady z radosnym uśmiechem wysłuchiwała relacji swoich małych podopiecznych, pytając od czasu do czasu o szczegóły pobytu przyjaciela w tych gościnnych progach. Błękitnookiej taka atmosfera zawsze poprawiała nastrój – dzięki tej swobodzie mogła odepchnąć od siebie wszelkie troski. Dragan raczył zjawić się dopiero pod sam koniec obiadu i zatroszczył się, by nie dało się nie zauważyć jego obecności. Dymiąc z zacięciem lokomotywy parowej, opadł na krzesło po prawej stronie gospodyni i odchylił się do tyłu, zaplatając dłonie na karku. Zamiast poczęstować się przygotowanym posiłkiem, rozpoczął streszczanie tego co powiedział Blackowi. Z rozmysłem nie wymienił nazwiska Phoenix, przestawiając siebie i gospodynię jako rodzeństwo Crown – nie było mu w smak podpinać się pod to nazwisko, ale nie miał czasu na wymyślenie bardziej przekonywującej historyjki. Ognistowłosa mimowolnie chichotała, trudno było jej bowiem zachować powagę, gdy patrzyła na przyjaciela – zabawnie wyglądał z krótkimi blond włosami oraz niebieskimi oczyma w barwie zbliżonej do jej tęczówek. Przynajmniej nie musiała pytać jakim imieniem przedstawił się byłemu skazańcowi. Dragan, jak na istnego kameleona przystało, posiadał szeroką paletę różnorodnych wcieleń, dostosowanych do wszelkich możliwych ewentualności. Po mistrzowsku żonglował imionami oraz osobowościami postaci, w które z upodobaniem się wcielał, zawzięcie zasłaniając się przed światem rozlicznymi maskami. W tym konkretnym przypadku wybrał wcielenie o miło brzmiącym imieniu Kai – jedno z najbardziej sympatycznych.

– Vallerin? – do gospodyni podeszła Merion, od lat trzymająca pieczę nad kuchnią.

– Tak? – uśmiechnęła się dziewczyna.

– To dla pana Blacka – kucharka wskazała na srebrną tacę z porcelanową miseczką i sztućcami. – Krem ze szparagów z domowym pieczywem. Martwiłam się, że pan Black nie zdoła przełknąć niczego bardziej wymagającego. Czy mam to zanieść do jego pokoju?

Lady wstała od stołu i ostrożnie zabrała z rąk Merion tacę. Pogładziła skrzata po głowie, uśmiechając się szeroko.

– Nie kłopocz się proszę. Ja pójdę.

Erin zerknęła na Dragana, oczekując na jego opinię. Turkusowooki skinął na znak przyzwolenia.

– Jestem pewny, że Black nie był ze mną w pełni szczery – odpalił następną fajkę. – Nie ufa nam, ale to nawet dobrze. Nie stracił całkowicie trzeźwego osądu, więc możemy założyć, że nie wypaliło mu wszystkich szarych komórek. Przy mnie ciężko mu się rozluźnić, bo wiesz jak jest…może nie wyglądam, jednak nie bywam rozczulająco troskliwy. Idź i go oczaruj, Lady Crown.

Luther roześmiał się gardłowo, śmiejąc się jeszcze głośniej po tym jak Vallerin pacnęła go lekko w tył głowy. Kruczowłosy dobrze wiedział o tym, że panna Crown potrafiła omotać swym urokiem każdego i bardzo chętnie wykorzystywał w swych planach tą przydatną umiejętność przyjaciółki. Jemu samemu nie brakowało ani uroku osobistego, ani charyzmy, lecz jakoś średnio działało to na facetów – cholera wiedziała czemu. Ognistowłosa w sumie nigdy za wiele nie musiała robić, samym swoim wyglądem bez trudu ogłupiała nawet najbardziej opornych. Gasząc papierosa patrzył, jak dziewczyna trzymając tacę wyszła z jadalni. Poruszała się powoli i uważnie, żeby niczego nie rozlać. Szło jej nie najgorzej, ale mimo to obawiała się wspinaczki po schodach – zupełnie niepotrzebnie. Tempo nabuzowanego ślimaka pozwoliło jej bezpiecznie pokonać kolejne stopnie, bez uszczerbku na życiu bądź zdrowiu i przewrócenia się, zaprzepaszczając tym samym starania Merion. Delikatnie zapukała do drzwi gościnnej sypialni, wybranej na tymczasowy pokój pana Blacka i wsunęła ostrożnie głowę przez uchylone drzwi, usłyszawszy uprzednio zaproszenie. Szarooki siedział na łóżku, z opuszczoną głową – wyglądał na mocno zamyślonego. Nawet nie spojrzał w jej stronę.

– Pewnie zgłodniałeś – przemówiła łagodnie, chcąc zwrócić na siebie uwagę. – Masz ochotę na zupę? Merion bardzo się postarała.

Jako że nie doczekała się najmniejszej reakcji, zaniepokojona podeszła do łóżka i przysiadła na krześle, odstawiając tacę. Przez kilka minut patrzyła na profil czarodzieja, zastanawiając się czy powinna spróbować lekko nim potrząsnąć – póki co jeszcze się wstrzymywała. Nie miała pojęcia co zaprzątało mu myśli, lecz sprawiał wrażenie przybitego. Zacisnęła wargi, czują napływ współczucia wobec tego człowieka…za każdym razem, gdy przy nim siedziała coraz wyraźniej doświadczała bijącej od niego aury głębokiego żalu. Coś w tym mężczyźnie przypominało jej o własnych doświadczeniach i czasach, które chciała mieć za sobą. Syriusz w końcu się nią zainteresował.

– Ty i Kai…naprawdę mi wierzycie? – zapytał z niemrawą nadzieją w głosie.

– Tak. Mój brat słynie z niewydawania pochopnych osądów, a ja wierzę w jego przeczucia.

– Kim wy u licha jesteście? – uniósł podejrzliwie brwi – Jakąś tajną organizacją?

Vallerin zaśmiała się subtelnie, słysząc nutę kpiny z jaką to powiedział. Z wczesnego rekonesansu, jaki przeprowadził Dragan, jasno wynikało, że Syriusz Black przed wojną był facetem o zaczepnym, zawadiackim charakterze. Widocznie wracał do siebie, skoro zdobył się na zażartowanie. Była z niego troszkę dumna – komuś równie doświadczonego przez los, wyrazy poczucia humoru musiały przychodzić z trudem. Uznała, że mogła mu nieco powiedzieć, ale zbyt wcześnie było jeszcze na ryzykowną szczerość.

– Można tak powiedzieć – uśmiechnęła się szeroko. – Nasza rodzina przed wiekami odsunęła się od społeczności magicznej, wybierając drogę izolacji. Nie udzielamy się zbytnio w świecie czarodziei, nie przyjmujemy co do zasady gości, ani nie odpowiadamy na nadsyłane zaproszenia, ponieważ od stuleci skupiamy się niemalże wyłącznie na działalności naukowej. Jesteśmy rodziną badaczy. Nie oznacza to jednak, że nie śledzimy aktualnych wydarzeń! Moi bracia mają swoje sposoby na infiltrowanie wszystkich struktur rządzących, w tym Ministerstw. Niedawno dotarła do nas niepokojąca wieść o zniknięciu Nathana Rowle’a, cenionego urzędnika brytyjskiego Ministerstwa Magii. Ta sprawa zainteresowała Kaia, który zaczął interesować się osobą pana Rowle’a oraz powodem, dla którego miałoby komuś zależeć na jego zaginięciu. Prześwietlając pana Rowle’a natrafił na twoją sprawę i zaniepokoił go przebieg twojego procesu, podobnie jak szybkie wyciszenie całej sprawy, pomimo tego, że wstrząsnęła światem czarodziei. Nabrał bardzo poważnych podejrzeń, co do tego urzędnika i jego uczciwości. Kai ponad wszystko ceni sobie prawdę, nie znosi mataczenia, niedopowiedzeń oraz wszelkich przejawów gierek ludzi na stanowiskach, przez które cierpią niewinni. Kiedy zdecydował się na włamanie do Azkabanu, żeby cię uwolnić, nie mogłam pozwolić mu iść samemu. Kai bywa nieco…brutalny w swoich działaniach, więc bałam się, że z więzienia nie zostanie kamień na kamieniu.

Były więzień zasępił się. Wszytko co powiedziała błękitnooka, potwierdzało to, co wcześniej usłyszał od jej brata, a nie zdążyliby się naradzić w tak krótkim czasie. Podczas rozmowy z Kaiem odniósł nieodparte wrażenie, że przyszło mu spotkać na swojej drodze bezkompromisowego idealistę, nie darzącego żadnym respektem sposobu funkcjonowania magicznego wymiaru sprawiedliwości. Lord Crown mówił wręcz jak ktoś głęboko uprzedzony do metodologii przeprowadzania procesów, czym go zaintrygował – w sumie blondyn wypowiadał się jak osoba, która została w jakiś sposób skrzywdzona przez magiczne sądy. Całkiem polubił tego energicznego, uprzejmego faceta, lecz nie miał zamiaru ślepo ufać jego intencjom. Ta sama zasada tyczyła się również ognistowłosego anioła. Chciał porozmawiać z tą kobietą nieco dłużej, niekonieczne po to, by dowiedzieć się czegoś więcej. Po prostu jej łagodny, ciepły głos go uspokajał.

– Jak to zrobiliście? – zerknął na towarzyszkę, nie za bardzo wierząc, że usłyszy odpowiedź – Azkaban to twierdza nie do zdobycia. Powtarzali nam to każdego dnia…

– Mówiłam już, panie Black – lazurowe oczy rozbłysły tajemniczo. – Mamy swoje sposoby.

Mimowolnie uśmiechnął się półgębkiem. On nie zamierzał ufać bezgranicznie rodzeństwu, które go ocaliło, więc oni tym bardziej nie mogli ufać jemu. Jeśli pomyśleć o tym całościowo, uratowali skazanego na dożywocie mordercę, nie mogąc mieć pewności, że nie był tym za kogo powszechnie go uważano. Przygarnęli pod swój dach podejrzanego typa i wszelkie przejawy ostrożności z ich strony były w pełni zrozumiałe – już i tak sporo ryzykowali. Była jeszcze jedna rzecz, co do której wolał mieć względną pewność, reszta póki co się nie liczyła.

– Wiecie o Harrym?

– O młodym panu Potterze? Oczywiście, że wiemy – wzruszyła lekko ramionami. – Cały magiczny świat o im słyszał i szczerze przyznaję, że niezbyt mi się to podoba. Harry przyciąga wzrok wielu środowisk, choć sam zapewne nie zdaje sobie z tego sprawy. Z tego co wiem, pan Potter ma rozpocząć od września swój trzeci rok w Hogwarcie.

– Chciałbym go zobaczyć… – szepnął szarooki, zanim zdążył się ugryźć w język.

– Wszystko w swoim czasie, Syriuszu.

Mężczyzna zesztywniał, nieświadomie łapiąc dłoń siedzącej przy nim dziewczyny. Mocno zacisnął palce na jej smukłym nadgarstku i przymknął powieki, żeby zapanować nad chaosem, który wybuchł w jego głowie.

– Możesz powtórzyć? – wydukał przez zaciśnięte zęby – Moje imię.

– Syriusz – wyszeptała przyjemnie niskim, atłasowym tonem.

Oparł czoło na drugiej dłoni, po czym przygryzł mocno wargi. Rozciągając opuszkami palców zewnętrzne kąciki oczu, ledwo powstrzymywał łzy, które poczuł pod powiekami. Jego imię…tak dawno nie słyszał, żeby ktoś je wymawiał. Od dwunastu lat był tylko jednym z wielu numerów i niczym więcej. W Azkabanie przestał być człowiekiem, czego symbolem było utracenie prawa do posiadania imienia. Lady przypomniała mu jak wspaniale było być nazywanym własnym imieniem! To jak je wypowiedziała…bez wstrętu, kpiny, wyrzutu, rozczarowania…coś wspaniałego! Płomiennowłosa, obserwując mężczyznę, domyśliła się co chodziło mu po głowie, a świadomość tego jak cieszył się z najprostszego gestu, zabolała ją do żywego. Nikt nie zasługiwał na bycie tak upodlonym…tak roztrzaskanym i bezbronnym. Westchnęła cichutko, tamując falę wspomnień – nie mogła teraz babrać się we własnej przeszłości, miała pod opieką człowieka, potrzebującego specyficznej pomocy.

– Nie chcę cię martwić, ale twoja ucieczka postawi na nogi całe ministerstwo. Kai przewiduje, że roześlą dementorów oraz aurorów, urządzając na ciebie obławę. Skup się na odzyskaniu sił i powrocie do formy, musisz być w stanie sobie z nimi poradzić, jeśli zajdzie taka potrzeba. Syriusz – urwała, wpatrując się w profil czarodzieja – czy zgodzisz się zostać z nami, póki nie wydobrzejesz?

Black zamyślił się, a nieład w jego głowie natychmiast zniknął, robiąc miejsce dla pożyteczniejszych aktywności. Vallerin miała rację. W końcu był uznawany za niebezpiecznego szaleńca, mordującego co popadnie! Najprawdopodobniej zaraz po ucieczce zorganizowano obławę, mającą sprowadzić go jak najszybciej do celi – to było najrozsądniejsze posunięcie. Nie mógł wrócić do ponurej dziury, którą niegdyś nazywał rodzinnym domem, bo było to na pewno jedno z pierwszych miejsc, jakie poddano obserwacji. Nie za bardzo miał się gdzie podziać – jego zaufani kompani albo go nienawidzili, albo dawno nie żyli. Najrozsądniej było zostać w rezydencji rodzeństwa Crown, chociażby tylko po to, by wybadać ich zamiary.

– Jeśli nie sprawię wam tym kłopotu, Vallerin – uśmiechnął się delikatnie, patrząc na kobietę.

– Ależ skądże! – uścisnęła jego dłoń – Nasza rezydencja jest bezpiecznym miejscem, gwarantuję. Nikt poza członkami rodziny nie zna dokładnego miejsca jej położenia. Nie sądzę, żeby ktokolwiek wpadł na pomysł szukania cię akurat tutaj. Jeśli działoby się cokolwiek niepokojącego, Kai będzie w stanie sobie z tym poradzić. My tu gadamy, a zupa stygnie. Zjesz?

Syriusz zaśmiał się gardłowo i wyciągnął dłoń po miskę, jednak kończyna odmówiła mu posłuszeństwa. Fizycznie czuł się więcej niż dobrze, ale ciało jeszcze nie było w pełni stabilne i czasem stawiało opór. Lord Crown uprzedził go, że było to normalne następstwo intensywnego leczenia, które z czasem ustąpi. Lady puściła jego dłoń, po czym usiadła na skraju łóżka i podniosła porcelanowe naczynie, wraz ze srebrną łyżką.

– Pozwól, że ci pomogę. Tak szybki proces uzdrawiania niesie za sobą skutki uboczne, których nie da się uniknąć. Mogę? – nabrała na łyżkę porcję zupy.

Czarodziej westchnął z rezygnacją, rozumiejąc doskonale, że nie miał większego wyboru. Próbując jeść samodzielnie prawdopodobnie byłby zmuszony nieudolnie walczyć z własnym ciałem, a to nie zapowiadało sukcesu. Pokornie pozwalał się karmić kobiecie, której zawdzięczał wolność, choć niezmiernie go to krępowało. Ciszę, która między nimi panowała, przerywało jedynie rytmiczne stukanie sztućca o ścianki miski. Erin uśmiechała się ukradkowo, widząc z jakim uporem Syriusz unikał patrzenia na nią oraz coraz wyraźniejsze rumieńce, rozpalające jego twarz. Musiał uznawać bycie karmionym za upokarzające doświadczenie, a mimo to nie protestował, pozwalając jej na ten, bardzo bezpośredni, wyraz troski. Do Blacka trzeba było podchodzić ostrożnie i delikatnie, z czego zadawała sobie sprawę. Słyszała, że niegdyś był błyskotliwym, nieufnym lekkoduchem, a to najgorsze możliwe połączenie, jeśli chciało się kogoś do siebie przekonać. Wiedziała również o jego silnym poczuciu dumy oraz nieugiętym honorze, co mogło stanowić pewien problem – mogła łatwo zaprzepaścić starania, gdyby poczuł się urażony. Tak czy inaczej, nie miała zamiaru przyspieszać procesu zdobywania jego zaufania i zawierzyć posiadanemu doświadczeniu w opiekowaniu się podobnymi przypadkami. Odrobinę martwiła ją wizja wyjawienia Syriuszowi prawdy o niej i Draganie, nie zakładała jednak, by kiedykolwiek miało do tego dojść – mimo wszystko niepokój pozostawał. Zawsze musiała się czymś martwić…Odstawiła pustą miskę, kiedy Black skończył jeść.

– Dzięki – wymamrotał, nie patrząc na nią.

– Skoro ściągnęłam cię tu nie pytając o zdanie, powinnam chociaż tak ci to wynagrodzić! – zaśmiała się perliście – Masz może ochotę na małą wycieczkę po rezydencji? Zakładam, że po tylu latach masz serdecznie dość siedzenia w miejscu. O! – klasnęła entuzjastycznie w dłonie – Może wyjdziemy do ogrodu? Pięknie kwitnie o tej porze roku, a świeże powietrze powinno dobrze ci zrobić.

Szarooki wbił w nią zdezorientowane, delikatnie spanikowane spojrzenie. Wyjście na zewnątrz…pragnął tego od bardzo, bardzo dawna, ale kiedy pojawiła się taka realna możliwość…nie był pewien, czy to dobry pomysł. Świat musiał się bardzo zmienić od ostatniego razu, gdy go widział. Co jeśli wcale go nie rozpozna? Tysiące razy rozmyślał o tym, co mogło dziać się poza ciasnym, przygnębiającym światkiem Azkabanu. Tysiące razy zastanawiał się, co ujrzy jeśli będzie mu dane wyjść na światło dnia. Bał się…bał się, że jego wyobrażenia zostaną zmiecione w jednej chwili. Bał się, że świat który o nim zapomniał, nie przyjmie go powtórnie.

– Iść na zewnątrz? – wyszeptał – Poza mury?

– Zgadza się. Będę cały czas przy tobie. Jeśli źle się poczujesz albo będziesz przytłoczony, natychmiast tu wrócimy – płomiennowłosa spojrzała na niego z troską. – Chyba, że nie czujesz się na siłach.

– Nie! – gwałtownie odwrócił ku niej twarz – Chętnie wyjdę.

– Sten! – podniosła głos, zamiast jakoś mu odpowiedzieć.

Wierny majordomus bezzwłocznie zjawił się, słysząc wezwanie swojej pani. Przystanął obok gospodyni i krytycznym wzrokiem ocenił obecny stan ich gościa, po czym uśmiechnął się pod nosem. Kiedy przyszedł tu po Luthera, pan Black wyglądał na spiętego i zestresowanego ciągnącą się dość długo rozmową, jednak teraz…teraz na zmizerowane oblicze czarodzieja wróciły kolory, pozbawiające go przerażającej, niemalże trupiej bladości. Przy Lady Crown sprawiał wrażenie spokojniejszego, a nawet rozluźnionego. Sten z uznaniem spojrzał na Vallerin. Jego ukochana pani swą dobrocią potrafiła czynić istne cuda. Skrzat pokłonił się dwornie, chcąc zaakcentować szacunek jakim darzył panienkę.

– Moja pani – powiedział stanowczo, czekając na jej rozkazy.

– Chcę zabrać Syriusza na spacer po ogrodzie. Mogłabym prosić cię o znalezienie dla pana Blacka odpowiedniego stroju? – obdarowała majordomusa czułym uśmiechem – Obawiam się, że ten wieczór może okazać się jednym z chłodniejszych.

– Służę, Lady – Sten wyprostował się. – Korzystając z okazji panienko, panicz prosił, żebym poinformował panienkę o jego wyjściu. Zdaję się, że panicz ma pilne spotkanie w Londynie i zapowiedział swój powrót na późne godziny wieczorne – skrzat zawahał się przez chwilę. – Przykro mi, pani.

Vallerin posłała swemu zaufanemu smutny półuśmiech. Sten, z racji zajmowanej pozycji oraz swego dobrotliwego charakteru, od samego początku starał się zastąpić jej ojca i darzył ją ojcowską miłością. Wiele razy wdawał się w kłótnię z Ethanem i Draganem, mając za złe Lutherom ich rzadkie odwiedzanie Lady i skłonność do wielokrotnego opuszczania rezydencji, nawet wtedy, gdy wpadali z dłuższą wizytą. Położyła dłoń na drobnym ramieniu majordomusa. W tym stworzonku tkwiły niewyczerpane zapasy opiekuńczości.

– Nic się nie stało. Nie miej proszę za złe Kaiowi tego, że dba o nasz wspólny interes.

– Panicz obiecał panience spędzenie razem wieczoru – skrzat rzucił chłodno. – Nie godzi się, by mężczyzna nie dotrzymywał danego słowa. Będę musiał z nim poważnie porozmawiać! Nie mogę patrzeć na to, jak panicz znów zostawia panienkę samą. To samo tyczy się panicza Ethana. Słowo daję, skaranie boskie z tymi chłopcami!

– Nie bądź dla nich zbyt surowy! – roześmiała się szczerze – Taką mają pracę. Poza tym nie zostałam sama, mam przecież Syriusza.

Ognistowłosa spojrzała na byłego skazańca i wybuchnęła głośnym śmiechem. Black wyglądał jakby coś go sparaliżowało, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczyma. Pojęcia nie miała o co znowu mu chodziło i nie miała ochoty dociekać. Podziękowała uprzejmie Stenowi za chęć zajęcia się czarodziejem, po czym wyszła zanim majordomus miał okazję ją wyprosić – samym spojrzeniem dał jej jasno do zrozumienia, że chciał samodzielnie pomóc szarookiemu w przebieraniu się. Erin oparła się plecami o hebanową barierkę, okalającą antresolę, i przez ramię patrzyła na rozciągający się poniżej, półotwarty salon. Pomieszczenie jak zwykle lśniło czystością, oczekując cierpliwie na przyjęcie gości, którzy sporadycznie pojawiali się w rezydencji. Sten, stojąc na czele wszystkich pracujących tu skrzatów, wymagał od swoich małych współbraci nienagannego wykonywania obowiązków oraz ogólnej staranności we wszystkim, co robiły. Jako najstarszy i najbardziej doświadczony z grona jej podopiecznych, objął zaszczytną funkcję majordomusa, prosząc swą panią o oddanie w jego ręce pełnego zarządu nad skrzatami – na co przystała lata temu. Uzgadniał z Lady wysokość należnych pensji i ilość dni wolnych w danym roku, samodzielnie jednak ustalał grafiki, terminy rozliczeń oraz rozdzielał pomniejsze zadania. Długo, oj długo musiała z nim pertraktować, żeby zgodził się na coś tak haniebnego, jak płacenie skrzatom za ich ofiarną służbę – Sten był osobnikiem starej daty, któremu w głowie nie mieściły się podobne ekscesy. Upierał się przy tym, że sama możliwość pracy w tej rezydencji była wystarczającą nagrodą, ponieważ jej skrzaty w większości były wyzwoleńcami spod niewolniczego jarzma rodów czarodziei, które w tych czterech ścianach odnalazły spokój i godne traktowanie. Dragan, znając jej zamiłowanie do tych lojalnych, pracowitych stworzeń, przywoził ocalonych niemalże z całego globu, ofiarując im nowe życie, za które odwdzięczały się szczerą, bezwarunkową miłością. Stary Sten zdecydowanie wiódł w tym bezprecedensowy prym. Kochał swą Lady jak ojciec córkę prawdopodobnie dlatego, że to właśnie jemu przypadało w udziale opiekowanie się nią, gdy po raz kolejny odradzała się pod postacią bezbronnego dziecka. Waleczny i oddany majordomus kilkukrotnie wdał się nawet w ostrą dyskusję z Lutherami oraz jej braćmi, krytykując otwarcie ich zachowanie wobec panienki. Lordowie Pheonix w każdych innych okolicznościach odpowiedzieliby na zarzuty, jednak świadomi jakim sentymentem siostra darzyła bezczelnego skrzata, nie chcieli jej rozzłościć więc pokornie znosili zniewagi – Lutherowie nie zamierzali ze Stenem dyskutować, doskonale wiedząc, że miał wiele racji w tym co mówił. Błękitnooka wychyliła się nieznacznie do tyłu, pozwalając, by barierka przyjemnie wbiła się w jej plecy. W jej najbliższym otoczeniu panowały straszliwie dziwne, skomplikowane relacje, których nikt prócz niej nie kwapił się prostować. Może to i dobrze? Mieli całe wieki, żeby przyzwyczaić się do takiej sytuacji, a zmiany mogłyby okazać się destrukcyjne – już i tak niejednokrotnie stąpali po cienkim lodzie wzajemnej tolerancji. Najlepiej zawsze żyło jej się z Draganem. Byli do siebie w pewien sposób podobni, więc nie potrzebowali długich, ckliwych rozmów od serca ani nawet słów, żeby doskonale się rozumieć. Nawet teraz nie była ani trochę zaniepokojona nagłym wyjściem kruczowłosego. On nie miał w zwyczaju spowiadać się jej ze swoich interesów, a ona nie wypytywała ufając, że wiedział co robił. O Dragana zawsze mogła być spokojna, chociaż był istnym magnesem, przyciągającym wszelkiej maści kłopoty. Szkoda, że nie miała siostry. Od kiedy pojawiła się na świecie, otaczała ją banda samców alfa z mniej lub bardziej wybujałym ego, co prowokowało zupełnie naturalne tarcia. Jej jednej zależało na łagodzeniu napięć, zanim urosłyby do rozmiarów poważnych konfliktów i bywała tym zmęczona. Siostra potrafiłaby zrozumieć jej potrzebę rozwiązywania takich sytuacji. Porzuciła rozmyślania i wyprostowała się, słysząc odgłos otwieranych, tuż przed nią, drzwi. W progu stanął Syriusz, ze Stenem u boku. Vallerin nie potrafiła powstrzymać usatysfakcjonowanego uśmiechu. Gust jej majordomusa był wyrazem najczystszej perfekcji. Black w czarnych, dopasowanych spodniach i lekkiej, białej koszuli nienachalnie opinającej rozbudowaną klatkę piersiową oraz nonszalancko rozpiętymi górnymi guzikami i wyciągniętym kołnierzykiem, prezentował się jak dziedzic szlachetnego rodu powinien. Delikatny materiał co prawda nie do końca ukrywał bandaże okalające jego tors, lecz w jakiś sposób nadawało mu to zadziornego charakteru, podobnie jak opatrunek zakrywający lewy policzek. Zapewne niesiony przyzwyczajeniem, głęboko wcisnął dłonie w kieszenie i spoglądał na nią z cieniem zawstydzenia. Sten mistrzowsko uporał się ze zbyt długimi, zaniedbanymi włosami czarodzieja ścinając je na oko gdzieś do ramion i łapiąc w niski, niechlujny kucyk. Obraz bliskiego śmierci, zabiedzonego nieszczęśnika odszedł raz na zawsze w niepamięć. W tej chwili stał przed nią przystojny, uroczo nieśmiały mężczyzna.

– Wspaniała robota, Sten! Twój talent jest niezrównany – skrzat w odpowiedzi na komplement jedynie się uśmiechnął. – Syriuszu, wyglądasz znakomicie.

– Dziękuję – szarooki wbił wzrok w ścianę i niezręcznie zaplótł dłonie na karku, nie widząc co miał ze sobą począć. – Idziemy?

– Z przyjemnością!

Czarodziej, widząc radośnie roziskrzone oczy dziewczyny, poczuł się dużo swobodniej. Podszedł do przepięknego anioła i ciut niezdarnie podsunął jej ramię, tak jak nakazywały dobre maniery. Speszył się odrobinę, kiedy kobieta skorzystała z szarmanckiego gestu, jednak po kilku sekundach uznał, że było to całkiem przyjemne doświadczenie. Nawet za szkolnych czasów, ciesząc się zasłużoną opinią niestrudzonego podrywacza, bardzo rzadko zdobywał się wobec koleżanek na podobny gest – uznawał to za niepotrzebny trud, bez którego mógł osiągnąć to co chciał, więc po co było się wysilać? Przy Vallerin…przy niej czuł się jakby inaczej, chociaż sam nie rozumiał dlaczego. Ogólnie niewiele rzeczy jeszcze rozumiał…cały czas był skołowany i nie potrafił ostatecznie uporządkować myśli – działał po części opierając się na wyczuciu, po części automatycznie. Panna Crown zdawała się nie zwracać uwagi na jego dziwactwa oraz drobne potknięcia. Wyglądała jakby cieszyła się jego towarzystwem, a tego zrozumieć nie potrafił. Kto mógłby się cieszyć, mając go za kompana? Nic tylko ściągał na wszystkich wokół nieszczęścia. Pozwolił Lady zaprowadzić się na parter oraz najwyraźniej tyły rezydencji. Wsłuchiwał się w melodyjny głos gospodyni, kiedy opowiadała mu o mijanych pomieszczeniach, starając się zapamiętać rozkład posiadłości. Całe jego skupienie szlak trafił, gdy tylko stanęli na obszernym tarasie, zagłębiającym się w najwspanialszy ogród jaki kiedykolwiek widział. Całkowicie go sparaliżowało – nie był nawet pewien, czy nie zapomniał o oddychaniu. Czuł ciepłe promienie słońca, tańczące na jego twarzy i letni, łagodny wiatr muskający, stęsknioną za naturą, skórę. Subtelne podmuchy prześlizgiwały się pomiędzy bujną, zadbaną roślinnością unosząc nieliczne, harmonijne szelesty. Vallerin nie pozwoliła mu za długo pozostawać w odrętwieniu. Śmiejąc się dźwięcznie, pociągnęła go w stronę ścieżki wytyczonej z szerokich, białych, płaskich kamieni. Spacerowym krokiem mijali starannie poprzycinane krzewy przyozdobione rozlicznym, wielobarwnym kwiatostanem. Niekończona paleta odcieni zieleni traw, krzewów i drzew, kontrastowała imponująco z cieniem lasu, porastającego nieodległe, niezbyt wysokie wzgórza. Cały ogród zresztą był, zdaje się, umiejętnie wkomponowany z niewielki kanion o łagodnych zboczach. Świat…był miejscem wspanialszym, niż jego najśmielsze wyobrażenia. Tak wiele stracił…tylu rzeczy nie zobaczył…Płomiennowłosa zerknęła na swego milczącego towarzysza i przygryzła wewnętrzną stronę policzka widząc drobne łzy, ściekające powoli po jego twarzy. Od wieków nie widziała kogoś tak szczęśliwego i przygnębionego zarazem.

– Wolność – szepnął niemalże bezgłośnie, wyciągając twarz ku słońcu.

JAKIŚ CZAS TEMU…

               Lucjusz Malfoy siedział sztywno przy stoliku w pubie „Biały Wiwern”, niespokojnie zerkając na odrapany zegar o wyblakłej tarczy. Zawzięcie śledził wskazówki, głośno przełykając ślinę, za każdym razem, gdy odmierzyły kolejną minutę zbliżającą go do nieuchronnego spotkania z mężczyzną, którego nie miał najmniejszej ochoty oglądać. Rytmiczne, nieubłagane tykanie zegara doprowadzało go do szału. Już niemalże wybiła godzina spotkania, a Kolekcjonera wciąż nie było – rozbudzało to w nim wątłą nadzieję na uniknięcie konfrontacji. Nie zdobył tego, czego Doktor Plagi sobie zażyczył i nie miał pojęcia jak miałby się z tego wytłumaczyć, żeby ocalić skórę. Robił co mógł, by położyć ręce na tym przeklętym sztylecie, ale nikt nie widział, gdzie miałby go szukać. Był skłonny wydać cały swój majątek na to żelastwo! W panice starał się uzyskać chociażby jedną, jedyną wskazówkę o jego położeniu, lecz nic to nie dało…durny sztylet przepadł, a wraz z nim jego szansa na wykupienie bezpieczeństwa własnego oraz swojej rodziny. Miał jeszcze pieniądze, po cichu liczył więc, że uda mu się ułagodzić gniew Kolekcjonera pokaźną sumką – podświadomie jednak czuł, iż mijało się to z celem. Nerwowo obracał w dłoniach swoją nieodłączną laskę, gorączkowo szukając rozwiązania i nieszczególnie zwracając uwagę na to, co się wokół niego działo. Goście pubu, widząc go w progu, po prostu wyszli najwidoczniej nie mając ochoty na powtórkę z rozrywki – ostał się jedynie nieszczęsny barman. Lucjusz podskoczył, słysząc zegar wybijający sądną godzinę. Zanim tęskne zawodzenie kupy złomu umilkło, przy jego stoliku usiadł młody mężczyzna, którego z całą pewnością nigdy wcześniej nie spotkał. Arystokrata zerknął na przybysza przelotnie, wystarczyło to jednak, by poczuł się nieswojo, dostrzegł bowiem w tym młodzieńcu coś wyjątkowo niepokojącego…

– Proszę odejść – warknął zirytowany blondyn. – Czekam na kogoś.

– Kolekcjoner nie ma czasu fatygować się na spotkania z takimi śmieciami jak ty, Malfoy.

Dopiero słysząc te słowa, Lucjusz zainteresował się nieznajomym na tyle, żeby unieść wzrok. Pożałował swojej decyzji jakąś sekundę później…wprost na niego patrzyły rozszalałe, jasnobłękitne tęczówki, które spokojnie mogły należeć do wygłodniałego drapieżnika. Presja tych oczu niemalże pozbawiła go tchu. Odchrząknął z trudem, chcąc się w ten sposób nieco uspokoić – to nie był najlepszy czas na wpadanie w histerię.

– Niech raczy pan przekazać Kolekcjonerowi, że nie mam tego o co prosił. Jeśli zechce dać mi więcej czasu obiecuję, że…

Jasnooki chłopak uciszył go ostrym, nieznoszącym sprzeciwu gestem dłoni.

Wyjaśnijmy sobie dwie rzeczy, Malfoy – nieznajomy władczo uniósł podbródek. – Po pierwsze Kolekcjoner NIGDY o nic nie prosi. Wydaje rozkazy, które należy bezzwłocznie wykonać, lub zapłacić za porażkę głową. – jasnobłękitne tęczówki przeszyły na wylot arystokratę – Po drugie, doskonale wiemy o tym, że ci się nie powiodło. Kolekcjoner od dawna jest w posiadaniu tego sztyletu, a całe to zamieszanie było tylko drobnym testem. Gdybyś ośmielił się nie stawić na dzisiejsze spotkanie, lub co gorsza próbował nas oszukać, miałem rozkaz uciąć ten twój tleniony łeb i złożyć go u stóp Kolekcjonera. Gratuluje, Malfoy! Wygląda na to, że póki co zachowasz życie – niebieskie oczy nieoczekiwanie ściemniały. – W przeciwieństwie do niego.

Dziwny młodzieniec z impetem rzucił na stół pakunek, przypominający ten, który uprzednio Lucjusz otrzymał od Doktora Plagi.

Otwieraj – polecił znużonym, pozbawionym emocji głosem.

Blondyn nie miał najmniejszej ochoty tego rozbić, więc odrobinę się ociągał. Szybko jednak zrozumiał, że stawianie żałosnego oporu, nie miało najmniejszego sensu – po ruchach posłańca wnioskował, iż szczeniak zmusiłby go do wykonania polecenia. Drżącymi dłońmi rozpakował osobliwy prezent i nieomal nie zwrócił kolacji, gdy zobaczył co znajdowało się w środku. Tak jak poprzednio ręka, tym razem na ciemnym materiale złożone było ludzkie serce – a raczej to co z serca pozostało. Organ wyglądał jakby ktoś poszatkował go w szale, zmieniając go w krwawą breję najeżoną dziesiątkami śladów po głębokich, brutalnych cięciach. Przypominało to dzieło, pozbawionego zdrowych zmysłów, rzeźnika.

– Przywitaj się ze staruszkiem Rowlem – młodzieniec zaśmiał się szyderczo. – Nathan był na tyle arogancki, by próbować wykiwać Kolekcjonera, a szef, pomimo całej swej wyrozumiałości, bardzo tego nie lubi. To serduszko wyciął osobiście i zapewniam, że pan Rowle żył, kiedy Kolekcjoner się za niego zabierał. Przynajmniej na początku. Szef ma szczerą nadzieję, że ty okażesz się mądrzejszy od tego bezczelnego dziadygi. Wkrótce dostaniesz instrukcje. Stosuj się do nich ściśle, a Narcyza nie otrzyma podobnego prezentu z sercem twoim albo Draco. Życzę miłego wieczoru, Malfoy.

Młody mężczyzna po prostu wstał i wyszedł, jak gdyby nigdy nic, zostawiając oniemiałego Lucjusza nad szczątkami jego przyjaciela. Wiedział, że Kolekcjoner jest niebezpieczny. Wiedział, że to facet, z którym nie należało pogrywać. Nie przypuszczał jednak, że niekoronowany król zbrodni może okazać się sadystycznym, szalonym psychopatą…

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 331
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!